Jak namuwić rodziców żeby napisali mi zwolnienie chociaż nic mi nie jest? 2010-05-26 19:40:09; Jak przekonać rodziców:((? 2009-12-31 18:16:25; Jak przekonać rodziców? 2011-04-16 00:15:43; Jak przekonać rodziców żeby napisali mi zwolnienie? 2011-03-01 19:29:19; Jak przekonać rodziców by załatwili mi zwolnienie z wf do końca roku
Nie musisz też podawać nikomu powodu swojej decyzji – to najlepszy sposób by uniknąć namawiania do jej zmiany. Jeśli masz np. księdza drwiącego z mniejszości seksualnych a w klasie jest uczeń, który do mniejszości należy – bardzo miłym gestem solidarności z taką osobą będzie zbiorowe wypisanie się z religii.
A twoich rodziców jak przekonać to np. powiedz że potrzebujesz jakiegoś tam t-shirta bo masz mało i najwyższa pora żeby kupić nowy, jeżeli chcesz kupić buty to powiedz że np. masz strasznie zniszczona albo wogóle takich nie maszitd. Myślę że to najlepsze rozwiązania twego bardzo trudnego problemu, na którego bardzo trudno
jak przekonać rodziców by nie iść do szkoły? proszę o odpowiedzi! To pytanie ma już najlepszą odpowiedź, jeśli znasz lepszą możesz ją dodać. 1 ocena Najlepsza odp: 100%. 0.
Jak przekonać mamę ,żeby przepisała mnie do innej klasy? 2011-10-25 19:37:40; Jak przekonać mame żeby przenieść się do innej szkoły? 2012-06-07 22:26:18; jak przekonac mame rzeby przepisała mnie do innej szkoły? 2010-10-31 09:42:53; jak powiedzieć mamie żeby mnie przepisała do innej szkoły? 2010-07-12 18:59:19
Jak przekonać rodziców żeby wypisali mnie z prywatnego anglika i nie chce widziec odpowiedzi np. sam pomysl moze ci to bedzie przydatne lub niewiem To pytanie ma już najlepszą odpowiedź, jeśli znasz lepszą możesz ją dodać
. Odpowiedzi nie chcesz to udawaj chorobę ale potem będziesz mieć godziny przepisywania i nikt ci tego nie wytłumaczy Sposoby na symulację?Symulować to trzeba potrafić Ty oszustko :) najedzz sie proszku do pieczenia kiss258 odpowiedział(a) o 22:30 Udawaj, że wymiotujesz. Biegniesz szybko do toalety i po chwili spuszczasz wodę. Na moich to działa. Niusiaz odpowiedział(a) o 22:31 A po co takJa to mowie ze jest mi zimno i glowa mnie boli i juz nie idr pozniej siedze w domu jak wracaja rodzice to to sie klade i nadal udaje chora A dlaczego nie chcesz iść? Jakiś powód konkretny? Zastanów się, czy jest to poważny powód... żę nie ma zajęć) budziki i wszyscy zegar 4 godziny do przodu Uważasz, że ktoś się myli? lub
Mój syn ma 19 lat, jest po raz kolejny w III klasie liceum. W zasadzie on w ogóle nie chodzi do szkoły, nie uczy się; jedynie przesiaduje przed komputerem. Moje prośby i groźby nie pomagają, „straszy” mnie, że pójdzie do szkoły wieczorowej i do pracy, w co nie wierzę, bo jest po prostu zwykłym leniem. Chciałbym nauczyć go odpowiedzialności, dlatego mam zamiar przestać finansować jego potrzeby, skoro jest taki dorosły i samodzielny. Czy jeżeli rzuci szkołę, to mogę zmusić go do podjęcia pracy w celu partycypowania w kosztach utrzymania domu? Jak zgodnie z prawem przestać dawać mu pieniądze, by wreszcie zastanowił się nad własnym życiem? Obowiązek troszczenia się o rozwój dziecka i pokrywania jego potrzeb do czasu usamodzielnienia się Niestety, sytuacja z dorosłymi dziećmi jest dość skomplikowana. Niewątpliwie nie zmusi Pan syna do pójścia do pracy – żaden przepis prawa nie daje możliwości zmuszenia do podjęcia pracy zarobkowej. Może Pan natomiast nie utrzymywać syna, nie pokrywać jego potrzeb – oczywiście tu należałoby rozwiązać sytuację w sposób najbardziej rozsądny i dostosowany do sytuacji, aby nie osiągnąć niepożądanych efektów. Niemniej jednak przepisy Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego nakładają na rodziców obowiązek troszczenia się o rozwój dziecka i pokrywania jego potrzeb do czasu usamodzielnienia się. Kiedy ustaje obowiązek alimentacyjny względem dziecka? Z definicji obowiązku alimentacyjnego rodziców względem dziecka (utrzymanie i wychowanie) wynika, że obowiązek ten ustaje dopiero wówczas, gdy dziecko osiągnie samodzielność życiową, co z reguły łączy się z możliwością podjęcia pracy zarobkowej. Możliwość podjęcia pracy zarobkowej nie może być jednak rozważana w oderwaniu od osobistej i życiowej sytuacji uprawnionego. Jeżeli mianowicie kontynuuje on naukę, uczy się zawodu, uczęszcza na kurs doskonalenia zawodowego, to za usprawiedliwione uznać należy dalsze alimentowanie go. Jak przyjął Sąd Najwyższy w wyroku z dnia r., sygn. akt I CKN 499/97, „nawet zdobycie dwóch zawodów przez dziecko nie uwalnia rodziców od obowiązku świadczenia alimentów, jeżeli taki uprawniony podejmuje studia. Wykładnia art. 133 § 1 nie może bowiem pozostawać w oderwaniu od art. 94, który nakłada na rodziców obowiązek troszczenia się o fizyczny i duchowy rozwój dziecka i należytego przygotowania go do pracy dla dobra społeczeństwa, odpowiednio do jego uzdolnień. Jest przy tym oczywiste, że jedynie efektywne studiowanie pozwala uprawnionemu liczyć na alimentowanie go”. Czy rodzic może uchylić się od utrzymywania pełnoletniego dziecka? Zgodnie jednak z art. 133 § 3 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego „rodzice mogą uchylić się od świadczeń alimentacyjnych względem dziecka pełnoletniego, jeżeli są one połączone z nadmiernym dla nich uszczerbkiem lub jeżeli dziecko nie dokłada starań w celu uzyskania możności samodzielnego utrzymania się”. Syn jest pełnoletni. W przypadku pełnoletniego dziecka liczy się to, czy kontynuuje naukę i wyraża chęci do nauki, do tego, aby się usamodzielnić. Szkoły wieczorowe i zaoczne obligują rodziców do alimentowania dziecka – jeśli wykazuje chęć do nauki. Jeśli zaczyna szkołę, a po 2-3 miesiącach zmienia na inną lub nie chodzi do obecnej – nie jest to chęć do nauki, tylko próba wyłudzania alimentów. Sądy dokładnie patrzą na takie sytuacje. Zaoczna czy wieczorowa szkoła nie oznacza końca obowiązku alimentacji – czasem po prostu do dziennej szkoły dziecko się nie dostanie, bo jest za dużo chętnych, uzyska zbyt niską ocenę, jest mniej zdolne – co nie znaczy, że nie chce dalej się kształcić. Jeśli jednak nie zdaje egzaminów, nie chodzi na zajęcia – to każdy sąd uzna, że nie są mu należne alimenty. Nie ma znaczenia przy tym, czy chodzi o studia, czy średnią szkołę. Przesłanki do zaprzestania alimentacji pełnoletniego dziecka Przesłankami do ustania alimentowania są w przypadku pełnoletniego dziecka są: uzyskanie samodzielności – np. zawodu, niepodejmowanie próby usamodzielnienia się ze zwykłego lenistwa i lekkomyślności – niekończenie żadnej szkoły, nieuczęszczanie na zajęcia. Jeśli faktycznie syn robi wszystko, aby nie skończyć szkoły i nie iść do pracy – warto przemyśleć sprawę niealimentowania go. Sąd ocenia naukę i postawę każdego uprawnionego osobno. Nie ma tu żadnych ram ani ogólnych kryteriów. Jeśli syn nie zdaje, bo nie chodzi do szkoły – każdy sąd oceni to tak samo – jako brak chęci do nauki i do osiągnięcia samodzielności. Obecnie syn ma co jeść, ma za darmo mieszkanie – nie ma motywacji, aby zmienić cokolwiek w swoim życiu. Z drugiej strony sąd w razie sporu będzie badał, czy synowi należy się obowiązek alimentacyjny czy nie, czy nie spełnia warunków do pokrywania jego potrzeb przez rodziców. Takie sprawy zwykle ciężko przewidzieć. Eksmisja pełnoletniego syna z mieszkania Jeśli chce Pan uzyskać eksmisję syna, najpierw należy wypowiedzieć mu ustną umowę użyczenia mieszkania – bo na takiej zasadzie obecnie przebywa on w lokalu. Zaznaczyć trzeba, że od momentu upływu trzeciego miesiąca będzie obowiązany do pokrywania czynszu, a w przypadku braku spełnienia tego obowiązku – będzie Pan zmuszony skierować sprawę o eksmisję. Jedyny minus takiego rozwiązania to ewentualne orzeczenie alimentów na rzecz syna przez sąd – jeśli sąd uzna, że synowi należą się alimenty – nie będzie możliwa eksmisja. Jeśli masz podobny problem prawny, zadaj pytanie naszemu prawnikowi (przygotowujemy też pisma) w formularzu poniżej ▼▼▼ Zapytaj prawnika - porady prawne online .
Do niecodziennej sytuacji doszło w Szwabii na południu Niemiec. Policja otrzymała wezwanie w sprawie sześcioletniego chłopca. Telefon wykonała matka, która - jak tłumaczyła - nie potrafiła przekonać syna, żeby poszedł do szkoły. Poprosiła więc o pomoc mundurowych. Czy zachowanie matki było właściwe? Zapytaliśmy o to psycholog, Aleksandrę Piotrowską. Sześciolatek odmówił pójścia do szkoły – matka poprosiła o pomoc policjęW Szwabii na południu Niemiec pewna kobieta "bez zbędnych ceregieli zwróciła się o pomoc do policji", kiedy jej sześcioletni syn odmówił pójścia do szkoły - informuje dziennik " Policja podjęła interwencję. Policja poinformowała, że kobieta stała ze swoim sześcioletnim synem przed szkołą podstawową, ale pierwszoklasista nie chciał wejść do budynku. Kobieta zadzwoniła na posterunek policji w nadziei, że policja przekona jej syna o konieczności uczęszczania na Myślę, że nie byłoby to właściwym postępowaniem w odniesieniu do 12-latka czy 16-latka, a co dopiero w odniesieniu do 6-latka. Na co matka liczyła? Że mechanizm strachu jest najlepszym sposobem kształtowania motywacji, przekonania dziecka, że chodzenie do szkoły, zdobywanie wiedzy jest rzeczą konieczną, niezbędną? Nie przychodzi mi do głowy żadne inne wytłumaczenie, poza tym, że chciała dziecko postraszyć. Skutki tego mogą być opłakane - powiedziała w rozmowie z Martyną Trębacz z serwisu dr Aleksandra Piotrowska, psycholog dzieci. Chłopiec zdradził policjantom, dlaczego nie chciał iść do szkołyPolicjanci z komisariatu w Krumbach rzeczywiście przyjechali przed szkołę. Pytany przez funkcjonariuszy o powód niechęci do placówki oświatowej chłopiec "zeznał", że nie tyle boi się samej szkoły, co tego, że matka go z niej nie odbierze. Według rzecznika policji, kobieta miała poprzedniego dnia spóźnić się kilka minut po syna do szkoły i chłopiec musiał trochę zaczekać, aż zostanie Trzeba zastanowić się, jak poradzić sobie z przyczynami oporów dziecka, które poprzedniego dnia przeżyło duży niepokój z powodu kilkuminutowego opóźnienia matki. To zresztą już samo w sobie jest dosyć niepokojące, bo nie wiadomo, czy dziecko czuje się bezpiecznie i ma pewność, że rodzice po niego przyjdą. Są wyraźne sygnały, wskazujące gdzie szukać przyczyn i jak sobie z nimi radzić. A radzić sobie należy uspokajaniem, dodawaniem pewności, przekonywaniem, że zawsze może liczyć na rodziców, ale na pewno nie odwoływaniem się do policji - powiedziała dr Aleksandra Piotrowska, psycholog "bał się, że taka sytuacja może się powtórzyć i skończy się na tym, że będzie musiał zostać w szkole" - powiedział rzecznik lokalnej policji. "Dziecko prawdopodobnie miało lęk separacyjny".- W odniesieniu do 6-letniego dziecka nie mówiłabym o leku separacyjnym. Używamy tego terminu w odniesieniu do dziecka, które ma kilka lub kilkanaście miesięcy. Prawda jest taka, że w pierwszych dwóch, trzech latach życia dziecka kształtuje się prototyp relacji ze wszystkimi ludźmi, nazywamy to mechanizmem przywiązania. W oparciu o to, jak przebiega nawiązywanie tej podstawowej, bliskiej relacji z opiekunem, tak dziecko potem wchodzi w świat kontaktów z innymi ludźmi. Dlatego bardzo ważne jest, żeby w tym pierwszym okresie życia ono zdobyło pewność, że jest pożądane, akceptowane, kochane i może zawsze liczyć na swoich opiekunów. To jest najlepsze remedium na lęk separacyjny naturalny u małego dziecka. Ale jeśli to małe dziecko ma pewność, że może zawsze liczyć na pomoc ze strony opiekunów - jeśli oni są dla niego taką bezpieczną przystanią - to ciekawość świata i chęć poznawania nowych przedmiotów, sytuacji, ludzi jest silniejszy od lęku separacyjnego i ten lęk wtedy ustępuje. Ale żeby dziecko miało pewność, że zawsze ma gdzie wrócić, musi się spotykać z określonymi, ciepłymi, serdecznymi, szybkimi reakcjami na zgłaszane przez siebie potrzeby. To jest sprawa podstawowa, ale nie mam pojęcia, jak to wyglądało w przypadku tego dziecka – powiedziała dr Aleksandra Piotrowska. Policjanci wyjaśnili chłopcu, że szkoła nie jest taka zła. Sześciolatek był pod wrażeniem policjantów w mundurach - i podobno grzecznie poszedł do swojej klasy - pisze " także:Zobacz wideo: Fala infrkcji w szkołach i przedszkolachFala infekcji w szkołach i przedszkolachŹródło: Dzień Dobry TVN 30 lat doświadczenia Od 2014 roku z misją w Ukrainie, z biurem pomocowym w Kijowie Opiera się na 4 zasadach: humanitaryzmu, bezstronności, neutralności i niezależności Regularnie publikuje raporty finansowe ze swoich działań Autor:Martyna TrębaczPAPŹródło zdjęcia głównego: iStockphoto tatyana_tomsickova/GettyImages
Początek roku szkolnego zestresował cię nie mniej niż twoje dziecko? Z przerażeniem myślisz o godzinach, które spędzisz z nim nad pracami domowymi? Zastanawiasz się, jak pomóc i jemu, i sobie? Kilka porad ma dla ciebie dr Mikołaj Marcela, autor książek "Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku" i "Jak nie zwariować ze swoim dzieckiem". Ten rok szkolny zaczął się w atmosferze grozy. Boją się nauczyciele, boją się rodzice i pewnie część uczniów też. Nauka w warunkach pandemii to wyzwanie i chyba istota rzeczy może umknąć w całym tym koronawirusowym szkolny w Polsce zawsze zaczyna się w atmosferze grozy. Covid-19 to oczywiście poważny problem, większym problemem jest jednak to, jak od lat wygląda u nas edukacja. Grozę powinna budzić przede wszystkim postawa nauczycieli, którzy często nie uczą, a nauczają, żądają bezwzględnego posłuszeństwa i operują groźbą jako podstawowym komunikatem. Niedawno opublikowano wyniki badania, które wykazały, że podczas poprzedniego semestru, gdy dzieci uczyły się zdalnie, obniżył się u nich poziom stresu. I u chłopców, i u dziewcząt, w różnych grupach wiekowych. Najwyraźniej znacznie większym stresem niż pandemia i związane z nią ograniczenia jest chodzenie do inaczej wyglądało to np. we Włoszech, gdzie lockdown bardzo dał się uczniom we znaki. Szkodliwy wpływ szkoły na dzieci potwierdzają też badania PISA, którymi zresztą bardzo się szczycimy, bo pokazują, że jesteśmy w czołówce świata jeśli chodzi o wyniki z matematyki, nauk przyrodniczych i literatury. Tyle że do tych badań jest aneks, a w nim mowa np. o poziomie bezpieczeństwa dzieci w szkole. I tam już byliśmy na jednym z ostatnich miejsc wśród badanych krajów. Polscy uczniowie nie postrzegają szkoły jako bezpiecznego miejsca. Z kolei badania HSBC wykazały, że nasi uczniowie mają też bardzo niskie poczucie własnej więc na to, że nauka zdalna, na którą tak się wszyscy skarżyli, miała jednak duży od atmosfery szkoły dało pozytywny efekt. Ale to nie wszystko. Zwiększyły się kompetencje cyfrowe nauczycieli (przynajmniej tej części, która chciała się czegoś nauczyć) – poznali zasoby sieci, nowe narzędzia cyfrowe, odnaleźli się na różnych platformach edukacyjnych. Wszystko to jest korzystne dla wielu rodziców z braku czasu odpuściło nadzorowanie odrabiania lekcji, co jest mi bardzo bliskie, bo wierzę, że edukację tak rozumianą jak w Polsce lepiej trochę odpuścić, a skupić się na rozwijaniu potencjału i zainteresowań dzieci. Z drugiej strony rodzice siłą rzeczy stali się częścią zdalnych lekcji i mieli okazję przekonać się, jak to wszystko wygląda. Myślę, że wielu z nich zaczęło się bać o swoje dzieci, widząc, że chodzą do szkół, w których mentalnie i edukacyjnie wciąż panuje wiek XIX. Część osób zdecydowała się nawet na homeschooling. Ale czy to dobrze? Rodzicom może chyba brakować kompetencji?Żyjemy w świecie internetu, mamy dostęp do informacji naukowych na niezwykle wysokim poziomie, trzeba tylko umieć do nich dotrzeć. Są kanały na YouTube poświęcone nauce, ale też inicjatywy edukacyjne umożliwiające kontakt ze specjalistami z danych dziedzin i uczenie się od nich na odległość. Są wreszcie uniwersytety, które też oferują pomoc. Ja prowadzę warsztaty pisarskie na Uniwersytecie Śląskim i od czasu do czasu przychodzą na nie licealiści. Gdyby zgłosiła się osoba mająca edukację domową, nie widziałbym problemu, by ją przyjąć. Naprawdę nie przejmowałbym się też przygotowaniem rodziców do mamy w Polsce wspaniałych nauczycieli, ale znam i takich, którzy mają niskie kompetencje, w ogóle się nie rozwijają. Tak więc nie należy się łudzić, że w szkole nasze dzieci mają zawsze do czynienia ze specjalistami. Poza tym gdy rodzic poczuje, że dochodzi do ściany, że z czymś już sobie nie radzi, może zawsze poszukać nowych rozwiązań, by wspólnie z dzieckiem się rozwijać. Dodam jeszcze, że edukacja domowa pozwala odkryć potencjał dziecka, a nauka może odbywać się z zastosowaniem znacznie przyjaźniejszych technik niż nudny wykład, na którym trzeba siedzieć w ławce bez ruchu, nie mając często szansy zabrać głosu. W domu można uczyć dzieci historii poprzez oglądanie filmów, biologii na wspólnych spacerach do parku, matematyki w czasie gier wielu rodziców taka perspektywa odstrasza, bo i tak spędzają mnóstwo czasu z dziećmi nad odrabianiem lekcji. „Lata podstawówki minęły na ciśnięciu syna, siedzeniu przy każdym zadaniu. Wszystko kręciło się wokół nauki i ocen. Stałam się nauczycielką, nie mamą”, skarży się na jednym z forów pewna takich rodziców. Na przykład matkę, która codziennie od 17 do późnych godzin wieczornych zmuszała syna do nauki. To samo było w weekendy, gdy dawała mu jedynie dwie godziny na spotkania ze znajomymi. To przecież piekło. Myślę, że również dla tej to jest jej wybór, a dziecko nie ma możliwości decydowania. Nie rozumiem, co stoi za takim postępowaniem. Czy ta matka będzie siedzieć nad dzieckiem do końca swego życia, by nadzorować wszystko, co ono robi? Kiedy mamy się nauczyć odpowiedzialności za życie, za realizację zadań obowiązkowych, jeśli nie w młodości? Moi rodzice nigdy mnie nie nadzorowali. Nie pytali o oceny, o to, czy odrobiłem zadania. Mogłem robić, co chciałem. W podstawówce grałem w gry RPG, chodziłem na spotkania ze znajomymi, całe liceum grałem na perkusji i jeździłem na koncerty z różnymi zespołami. Rodzice włączali się, gdy miałem jakiś problem, wtedy sam do nich przychodziłem. Oni rozumieli, że nikt mnie nie nauczy odpowiedzialności i organizacji czasu, że sam muszę się tego nauczyć. Efekt jest taki, że dziś przyjaciele pytają mnie, jak to możliwe, że wykładam na uniwersytecie, jednocześnie wydaję książki, prowadzę szkolenia, znajduję czas także na inne projekty. Odpowiedź brzmi: uczyłem się tego całe życie, w tym przez 12 lat szkoły i na dzieci są różne. Jednych faktycznie nie trzeba zaganiać do nauki, inne nie są już tak byłem zdyscyplinowany i miałem co roku kilkanaście uwag w dzienniczku. Oczywiście dzieci są różne, ale trzeba wtedy rozmawiać, szukać innych wyjść niż ciągły nadzór. Zresztą to siedzenie nad dzieckiem naprawdę nie pomaga w osiągnięciu celu, jakim jest poprawienie ocen. Tak zestresowane dziecko prędzej czy później pęknie. OK, może i później, bo dopiero w życiu dorosłym. Ale czy o to nam chodzi? Nie o to, żeby było szczęśliwe i rozwijało się w kierunku, który je interesuje? Żeby czuło ze strony rodzica wsparcie i zaufanie? Zastanówmy się zresztą, jak każdy z nas się czuje, gdy szef nieustannie go sprawdza, gdy wiecznie czujemy jego spojrzenie na plecach, jesteśmy ciągle krytykowani i zastraszani. Co taki gnębiony pracownik da firmie? Jaki będzie z niego pożytek?Czyli dajemy dziecku autonomię, tak jak apeluje pan w najnowszej książce „Jak nie zwariować ze swoim dzieckiem”.Oczywiście. Jeśli matka chce ślęczeć z dzieckiem nad lekcjami, zabiera mu czas na odpoczynek i samorozwój, krzywdzi je. Zwłaszcza jeśli mowa o uczniu podstawówki. Badania pokazują zresztą, że prace domowe nie mają sensu w przypadku dzieci poniżej 14. roku życia. Do tego czasu dzieci powinny się głównie bawić, nudzić, a nie mieć zorganizowaną każdą minutę życia. Muszą mieć przestrzeń nawet na różne głupoty, bo w ten sposób uczą się konsekwencji swoich działań. A rodzice powinni dawać przykład, jak być ludźmi autonomicznymi, którzy sami sobie organizują życie, pokazywać, jak coś zaplanować i to wszystko dobrze, tylko co, jeśli odpuścimy i te oceny się nie poprawią, a może nawet obniżą? A po co komu dobre oceny? W systemie edukacji liczą się dziś zdany egzamin ósmoklasisty i matura, oceny cząstkowe z poszczególnych przedmiotów w poszczególnych latach nie mają tak naprawdę znaczenia. A że dzieci się czegoś nie nauczą? I tak po tygodniu z lekcji zostaje im 10–15 procent informacji, po skończeniu szkoły nie pamiętają nic. Ja pamiętam tylko, który wodospad na świecie jest największy, a który najszerszy. A geografię akurat uwielbiałem, przy czym do czasu aż poszedłem do szkoły... Podstawa programowa ma niewielkie znaczenie dla naszego dalszego życia – czy pani musiała kiedykolwiek zastanawiać się w dorosłym życiu, czym się różni mitoza od mejozy? Czy jest dla pani istotna informacja, jaką powierzchnię ma Antarktyda? A tego właśnie się uczyliśmy i nadal uczymy. Nie uczymy się za to, jak napisać CV, przeczytać umowę o zaciągnięciu kredytu na mieszkanie, nie rozumiemy podstawowych zjawisk na gruncie pan na YouTubie filmiki „Matura to bzdura”? Prowadzący odpytują napotkane na ulicy młode osoby z wiedzy szkolnej. I tak oto okazuje się, że na pytanie: „Co się dzieje, gdy mężczyzna traci jajniki?”, kilkoro młodych ludzi bez zająknięcia odpowiada: „Staje się bezpłodny”. Rozumiem, że nie powinniśmy się z nich śmiać?No właśnie, to tak à propos pani wcześniejszego pytania o nauczanie domowe. Chyba nie będzie znacznie gorsze od szkoły? I co tam się działo na lekcjach biologii? Właśnie ten program na YouTube pokazuje, jak nieudolny mamy system. Szkoła myli wiedzę z informacjami. Wiedza to jest usystematyzowanie informacji. I to nie tak, że ona jest pokawałkowana i poznajemy ją na odrębnych zajęciach szkolnych z historii czy matematyki. To nie ma sensu, bo wszystko jest ze sobą połączone i z siebie wynika. Doszli do tego Finowie, którzy właśnie w tę stronę reorganizują obecnie naukę w liceach. Okazuje się, że nie jest to proste zadanie, ale przynajmniej próbują. Oczywiście programy takie jak „Matura to bzdura” zabawnie się ogląda, gdy ktoś czegoś nie wie, ale pamiętajmy, że to trochę jak w „Milionerach” – pytania dla nas oczywiste nie są oczywiste dla innych i vice versa. Niewiedza, kiedy był chrzest Polski, nas nie dyskwalifikuje, nie zależy od tego nasze życie, jeśli jesteśmy np. kardiochirurgami. Ja się tylko martwię, patrząc na „Matura to bzdura”, że z tego niedouczenia biorą się antyszczepionkowcy i ludzie twierdzący, że Covid-19 nie oni właśnie skończyli szkołę, nauka jest u nas obowiązkowa do 18. roku życia. To więc pokazuje, że zmuszanie do niej i tak nic nie daje. Gdybyśmy wyszli od wzbudzenia w tych ludziach entuzjazmu, pokazania im, jak wspaniale jest zdobywać wiedzę, efekty byłyby całkiem inne. Antyszczepionkowcy to najlepszy dowód na to, że musimy przeanalizować nasz system edukacji. Paradoksalnie dziś mamy najwięcej osób z wyższym wykształceniem w historii. Nie neguje się wartości nauki, wszyscy dostajemy komunikat, że edukacja to coś bardzo istotnego. A mam wrażenie, że jeszcze nigdy nie wiedzieliśmy tak mało o świecie jak więc wzbudzać ten entuzjazm i zachęcić dzieci do zdobywania wiedzy? Co mogą zrobić rodzice?Na pewno nie metodą kija i marchewki, która uczy głównie oszukiwania i unikania kary. Trzeba bazować na motywacji wewnętrznej, a jej podstawy to kompetencja, cel i autonomia. Dziecko powinno mieć przestrzeń, by zdecydować, kiedy i jak chce coś zrobić, musi mieć swobodę w doborze środków, działać wtedy gdy jest na to gotowe. Powinno też rozumieć, po co się uczy – bez tego w najlepszym wypadku zrobi wszystko po łebkach, bo szkoda mu będzie sił. W liceum można więc tłumaczyć dziecku, że warto zaliczyć przedmiot, który go nie interesuje, żeby zdać maturę, a potem pójść na studia, dzięki którym będzie tym, kim chce. Najgorsze jest to, co dzieci słyszą zazwyczaj – że trzeba zdać sprawdzian i z dzieckiem, jak funkcjonuje system, zapytajmy, co by mogło zmotywować je do pracy. A co do kwestii kompetencji, czyli jak to zrobić – jeśli nasz syn czy córka nie lubią podręczników, nie zmuszajmy ich do korzystania z nich. Może bardziej sprawdzą się filmy na YouTubie i notatki sporządzane w trakcie oglądania. Wśród pomocnych technik w mojej książce opisuję metodę Feynmanna, w której uczeń wciela się w rolę nauczyciela i próbuje jak najprościej wytłumaczyć to, czego się uczy. Nie zawsze jest możliwa do zastosowania, ale jeśli naprawdę mamy dogłębnie zrozumieć jakiś temat, to świetny sposób.„Mimo ogromnej pracy moja 10-letnia córka ledwo ciągnie. Ma dysleksję i ADD, IQ 105 i jest nad wiek rozwinięta emocjonalnie. (…) Jedynym przedmiotem, na którym potrafi się skupić, jest angielski. I wtedy nawet jakoś to idzie, choć i tak potrzeba jest wielu powtórek. W zeszłym tygodniu pisała sprawdzian z obwodu i pola kwadratu i prostokąta. Tłukliśmy to w domu ze dwa tygodnie, a na sprawdzianie i tak pomyliła te dwie rzeczy…” – to kolejny wpis z forum rodziców. No właśnie, można jakoś pomóc takiej dziewczynce?Trudno wyrokować na podstawie wpisu z forum i dawać w oparciu o niego poradę. Jednak wiadomo, że wysoki poziom inteligencji emocjonalnej utrudnia funkcjonowanie w miejscach takich jak szkoła, w których są zunifikowane wymagania. Może trzeba zmienić placówkę? To się oczywiście może wiązać z kosztami, ale dobrym rozwiązaniem mogłaby być szkoła stosująca metodę Montessori lub pedagogikę waldorfską. Ja nie przykładałbym też wagi do takich „łatek” jak IQ. Pamiętajmy, że to jest test stworzony przez amerykańskich białych mężczyzn z klasy średniej – i to w nim oni wyznaczają, co rozumieją przez inteligencję. Są oczywiście kobiety i przedstawiciele innych kultur, którzy osiągają dobre wyniki, ale generalnie nie należy traktować IQ jako jedynego miernika inteligencji. A tak już poza wszystkim: czy gdyby ktoś nad nami siedział i „tłukł” dwa tygodnie pole kwadratu, to czy nie bardziej stresujące byłoby samo „tłuczenie” niż proces nauki?Mam wrażenie, że aby przestać „tłuc”, wielu rodziców musiałoby zupełnie zmienić sposób myślenia. Dla człowieka z wykształceniem wyższym jest przerażające, że jego dziecko może uczyć się źle, a już największy strach budzi rodzic nie może wiedzieć, co będzie najlepsze dla dziecka. Może mieć tylko wyobrażenie. Nie wiadomo, jak będzie wyglądał świat za rok, a co dopiero za 12 lat. Jakich dziecko będzie potrzebowało umiejętności? Jakie zawody będą w przyszłości potrzebne? Dziś myślimy, że wspaniale być prawnikiem, a może za jakiś czas będziemy mieć boty prawnicze? Dajmy spokój tym dzieciom, nie projektujmy na nich swoich niespełnionych pragnień. Nie każmy im podążać drogą, którą my sami byśmy obrali. Moja mama jest lekarzem, tata fizykiem jądrowym, ja skończyłem filologię polską i filozofię. Z perspektywy „ścisłowców” teoretycznie jestem porażką, ale moi rodzice uważają, że to świetnie, że zostałem humanistą. Nie mieli nigdy żadnego pomysłu na mnie, chcieli tylko, żebym był szczęśliwy. A zawodówka? Nie jest wbrew pozorom najgorsza. Dziś zbyt często przypominamy chomiki ganiające w kołowrotku, nie wiadomo po co. Chcemy zadowolić wszystkich, tylko nie siebie. Czasem myślę, że po tym względem najgorsze są prestiżowe licea, bo zmuszają do kucia, podporządkowywania całego życia rzeczom, które nie mają dla młodych ludzi najmniejszego sensu. A w zawodówce lub technikum ma się trochę więcej czasu, mniej presji społecznej – może dziecko będzie szczęśliwsze niż w elitarnym liceum. Zresztą, znam bardzo wielu wysokiej klasy specjalistów i niezwykle mądrych ludzi właśnie po technikum. Ustaliliśmy, że funkcja nadzorcy nauki nie jest dobrą funkcją dla rodzica. Pan radzi, by rodzice widzieli siebie raczej jako agentów gwiazd, by wspierali dzieci w odkrywaniu ich talentów. Czy u każdego da się odkryć jakiś talent?To ważne, co rozumiemy przez talent, bo niekoniecznie oznacza on zdolności muzyczne czy matematyczne. Są np. ludzie, którzy świetnie sprawdzają się jako sprzedawcy w sklepie – zawsze wiedzą, gdzie coś jest, umieją doradzić, zachęcić swoją postawą do zakupów. I to jest prosta rzecz, nie wiąże się z przywilejami finansowymi, ale dla mnie talent oznacza właśnie coś, co przychodzi nam łatwo, co sprawia nam przyjemność, daje satysfakcję, dobrze się z tym czujemy. Każdy z nas ma talent i chciałbym, aby szkoła i rodzice pomagali go sobie Kozierowska, która od lat motywuje kobiety do robienia kariery, zakładania własnych firm, użyła ostatnio sformułowania „multibaba”. Mówi, że trzeba próbować różnych rzeczy, sprawdzać się w wielu dziedzinach. Faktycznie dziś wydaje się to prawda, musimy być przygotowani na to, że będziemy co chwilę na nowo siebie „wynajdować”. Kariera całe życie w jednym zawodzie już właściwie jest niemożliwa. Trzeba mieć na siebie pomysł i to nie jeden. Ja z kolegą z uniwersytetu stworzyłem nowy kierunek na Uniwersytecie Śląskim, czyli sztukę pisania, potem pisałem powieści dla dzieci, teraz zająłem się edukacją, próbowałem też swoich sił w pisaniu scenariuszy, tekstów piosenek. Szukałem różnych kursów w sieci, konsultowałem się ze specjalistami. I myślę, że uczenie zdalne powinno być nie tyle przeniesieniem edukacji, jaką znamy, do internetu, ile pokazaniem, jak wykorzystać sieć, jak działa internet, by uczniowie sami byli w stanie siebie uczyć i konstruować wiedzę według własnych pan kanały tematyczne na YouTubie, zachęca: „Pozwólcie dzieciom grać w gry”. A przecież dzisiaj tyle mówi się, by dzieci raczej od tej technologii odciągać, by ograniczać dostęp do internetu. A czy rodzice, którzy odciągają dzieci od internetu, robią zakupy tylko w sklepach stacjonarnych czy jednak kupują też w sieci? Czy chcąc obejrzeć film, chodzą tylko do kina, czy oglądają też Netflix i HBO Go? Czy nie zamawiają obiadu przez internet? Skoro nie chcemy, żeby dzieci z niego korzystały, zróbmy to samo i dajmy dobry przykład. Dlaczego one mają być wyłączone? Gdzie tu jest logika? Już dziś trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie świata bez sieci, a co będzie za kilkanaście lat? Jaki jest sens odcinać dziecko od tego, co będzie jego naturalnym środowiskiem? Zamiast ograniczać dostęp, powinniśmy być przewodnikami po sieci. Przecież gdy idziemy ulicą, pokazujemy, że nie można iść na czerwonym świetle, tłumaczymy, że trzeba przechodzić na pasach, że nie wybiega się na jezdnię. A co robimy w przypadku sieci? Masz tu tablet, oglądaj bajki na YouTube. Powinniśmy tłumaczyć, do czego służy internet, że można w nim znaleźć informacje, ale też na co uważać, jakie są że przeciwnikiem większości rodziców jest czas. Dlatego dają te bajki, dlatego nie wspierają tak jak trzeba w odkrywaniu talentów i wolą, by edukacją zajęła się szkoła, nawet jeśli dostrzegają jej ale też nie przesadzajmy. Nie musimy być „coachami” dzieci. Moja mama i tata dużo pracowali, nie było tak, że spędzali ze mną całe dni i odkrywali moje talenty. Nie robili mi też testów na IQ. Najważniejsze było wsparcie, które dostawałem, gdy było potrzebne. Rozmawialiśmy, oglądaliśmy wspólnie i omawialiśmy filmy. Tata i ja, gdy pojawiała się sieć WWW w Polsce, poszliśmy razem na kurs obsługi internetu, założyliśmy sobie skrzynki mailowe. Nie zajęło to dużo czasu. Potem razem uczyliśmy się, jak bezpiecznie i efektywnie nawigować w sieci, a teraz do dziś przesyłamy sobie co jakiś czas wystąpienia w ramach TED Talks, które nas zainspirowały. Tak naprawdę dzieci same sobą się zajmują. Można uważać, że są z natury leniwe i ciągnie je tylko do złego, polecam jednak zaryzykować i sprawdzić, jakie są naprawdę, a nie według naszych Mikołaj Marcela - literaturoznawca, uczy na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach na kierunkach sztuka pisania oraz twórcze pisanie i marketing wydawniczy. Autor powieści dla dorosłych („Bycie w śmierci” i „Niemartwi”) oraz serii kryminałów dla dzieci „Best seler”. Od kilku lat zajmuje się edukacją, walczy o zmiany w polskim szkolnictwie. Jego poradnik „Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku. Wszystko, co możesz zrobić, żeby edukacja miała sens” stał się bestsellerem. Kilka tygodni temu ukazała się jego najnowsza książka ,,Jak nie zwariować ze swoim dzieckiem. Edukacja, w której dzieci same chcą się uczyć i rozwijać” (Muza) – skarbnica technik uczenia się i porad dla rodziców.
Basic CMYK Rozpoczęcie przedszkola wiąże się z wieloma wyzwaniami dla małych dzieci. Jeśli Twoje dziecko przez kilka lat uczęszczało do przedszkola, prawdopodobnie odczuwa duży lęk separacyjny. Znało już nauczycieli, budynek i rutynę. Wielu przyjaciół Twojego dziecka może się rozejść w różnych kierunkach. Twoje dziecko prawdopodobnie odwiedziło już swoją nową szkołę i może czuć się przytłoczone jej wielkością. Być może często przechodzisz obok nowej szkoły i jest to ciągłe przypomnienie o czekającej Cię przeprowadzce. Krewni i przyjaciele mogą witać Twoje dziecko uwagami w rodzaju: „Jesteś taki dorosły. Idziesz do szkoły dla dużych chłopców”. Nie chcę iść do przedszkola! Nie zdziw się, jeśli pewnego dnia Twoje dziecko oznajmi: „Nie idę do przedszkola”. Po części wynika to z jej niepokoju związanego z opuszczeniem przedszkola i stawieniem czoła nieznanemu. Ma to również związek z jej ambiwalencją wobec dorastania. Jasne, pójście do szkoły dla dużych dzieci jest ekscytujące – będzie taka sama jak jej starsze rodzeństwo i kuzyni – ale jednocześnie rezygnuje z okresu dzieciństwa. Kiedy dzieci robią krok naprzód w rozwoju, doświadczają niepokoju. Naturalne jest również, że powracają do wcześniejszych zachowań, takich jak ssanie kciuka czy wypadki przy załatwianiu się. Kiedy poczują się bardziej komfortowo, zachowania te znikają. Będziesz musiał zapewnić dziecku wsparcie, gdy będzie robiło ten ogromny krok rozwojowy. Oto kilka strategii, które ułatwią mu przejście. Sposoby na zachęcenie dziecka do przedszkola Kiedy mówi, że nie chce iść do przedszkola, nie dyskutuj z nim o zaletach edukacji w porównaniu z pracą za minimalną stawkę. Zamiast tego zajmij się bezpośrednio jego lękami. Zapytaj go, czego się boi, że będzie się działo w przedszkolu. Jeśli mówi, że nie będzie nikogo, kto zaprowadziłby go do łazienki, prawdopodobnie martwi się, że nie będzie nikogo, kto by się nim zaopiekował. Zapewnij go, że będą nauczyciele, którzy pomogą mu we wszystkim, czego będzie zorganizować dla niej randkę z dzieckiem, które będzie w jej nowej klasie, zanim zacznie się szkoła. Jeśli będzie miało jednego przyjaciela w pierwszym dniu szkoły, łatwiej się go, że przedszkole jest podobne do żłobka. Będą zabawki, swobodna zabawa, czas na podwórku i obiad. Używając lalek lub figurek, odegraj dzień w przedszkolu. Pomoże mu to poczuć się się bezpośrednio do dziecka z jego ambiwalencją dotyczącą starzenia się. W spokojnej chwili możesz powiedzieć: „Czasami trudno jest stać się większym i zostawić za sobą bycie małym dzieckiem. Wszystkie dzieci tak się czują”. Przekazuj emocje związane z nowymi rzeczami, których nauczy się w przedszkolu i zasugeruj przyjaciołom i krewnym, aby nie podkreślali tego, jaka jest Twoje dziecko chce być trzymane jak niemowlę, dobrze jest mu w tym pomóc. Unikaj robienia wielkiego problemu z takich regresywnych zachowań. Kiedy Twoje dziecko przystosuje się do szkoły, znikną że Ty również przechodzisz przez proces separacji. Twoje dziecko dorasta. Przedszkole będzie wydawało się mniej osobiste niż przedszkole. Możesz nie być w stanie odprowadzać dziecka do klasy każdego dnia lub rozmawiać z nauczycielem tak często. Po krótkim czasie Ty i Twoje dziecko przyzwyczaicie się do tych zmian. Możesz się pocieszyć, pamiętając, że z każdym krokiem naprzód, jaki robi Twoje dziecko, dostajesz coś w zamian. Wkrótce będziecie mieli przyjemność obserwować, jak wasze dziecko staje się bardziej niezależne i rozwija fascynujące umiejętności czytania i pisania.
jak przekonać rodziców żeby nie iść do szkoły